wtorek, czerwca 11

Rozdział 4


Na przystanku była tylko jedna osoba. Wysoki mężczyzna. Kiedy mnie zobaczył uśmiechnoł się, wyglądał tak jakby czekał tu na mnie...



Zblirzyłem się toche żeby zobaczyć o której mam tramwaj. On natomiast przyglądał mi się. Dziwne uczucie... Przewiercał mnie wzrokiem na wylot...

-Um... Przepraszam, ale czemu mi się tak przyglądasz?

-Przypominasz mi kogoś. Jak masz na imie?

-Czekaj, czekaj. Może najpierw ty się przedstaw, co?

-No tak, co za nietakt.- zmieszany (?) podrapał się po karku- Moje imie brzmi Shin, Shin Komori.- uśmiechnoł się do mnie szeroko- To teraz zdradzisz mi swoje imie?

-Eeee... Ren.- wystawiłem ręke- Ren Mutarashi- uścisnoł ją.- Shin... Gdziej już to słyszałem... O! Wiem! Znasz może mojego brata? Usagi Mutarashi? Znasz? Znasz?- troche się podekscytowałem, jeżeli to on to wreszcie zobacze go na żywo.

-No pewnie że znam. Przecież jesteśmy przyjaciułmi, nie? Czyli to ty jesteś tym jego kochanym młodszym braciszkiem. Hmm...  no nieźle. A co ty tu robisz? Przecież to nie jest specjalnie wesoła okolica- uśmiechnoł się krzywo. – No więc...?

-Byłem u przyjaciela. W domu  nie ma co robić, brata nima...

-Nie ma? A gdzie jest?

-No w pracy.- powiedziałem jakby to było oczywiste.

-A no tak przecież on już pracuje- zaśmiał się nerwowo.

-A ty co tu robisz?

-Hmmm... Tu niedaleko jest sklep w którym mają chyba dosłownie wszystko, ja akurat przyszedłam po notes, ołówki i jeszcze pare drobiazgów. Mam stosunkowo niedaleko a uwielbiam ten sklep.

-Ahaaa. O jest mój tramwaj.- zauważyłem. Wstałem i szybko podszedłem do wejścia. Wsiadłem i stojąc już w środku pomachałem do nowego znajomego uśmiechając się szeroko. On wymówił bezgłośnie „cześć” i odmachał. Po trzydziestu minutach jazdy wysiadłem i skierowałem się do domu.

-Wruciłem!- oznajmiłem zaraz po ściągnięciu butów i poszedłem do kuchni coś zjeść.

-O, w końcu wruciłeś kochanie! Kolacje masz na stole!- krzykneła moja mama z salonu.

-Dzięki!- odkrzyknołem. Usiadłem przy stole i zaczołem jeść. Uwilbiam naleśniki i właśnie one dzisiaj były na „kolacje”. Ah... Pyszne. Naleśniki z nutellą i truskawkami. Danie jak marzenie. Cudowna słodycz rozpływała się w moich ustach. To danie przypomina mi czasy kiedy spędzałem więcej czasu z bratem. Stare, dobre czasy. Teraz nie mam nawet kiedy z nim porozmawiać. Co za ch...  amstwo. Cały czas tylko praca i praca, a jak już ma chwile to śpi. Może w weekend zrobi chwile wolnego...? Albo chociaż w wakacje. Troche czasu z młodszym rodzeństwem nooo! Oj. No i się naleśniki skończyły.

-Ide do siebie mamooo!

-Dobrze kotek. Ja zaraz wychodze do pracy, Usagi powinien za jakieś półgodziny wrócić do domu.- mówiąc to mama wychyliła się z za rogu. Widocznie chciała zobaczyć moją mine, która dawała dużo do życzenia, szok pomieszany ze szczęściem i obawą że znowu nie znajdzie czasu nawet na durną sprzeczke czy krutką wymiane zdań.

-Ale jak to? Tak wcześnie? Przecież on zwykle wracał puźno w nocy a nawet czasem nad ranem.- powiedziałem z wachaniem.

-No tak ale wzioł sobie jutro wolne i poprosił o to żeby dziś wcześniej wyjść.- zbliżyła się do mnie i przygarnałe tuląc czule- Nie spapraj takiej okazji- wyszeptała mi do ucha, po czym puściła i podeszła do drzwi.- No to ja będę lecieć. Miłej nocy- ostatni uśmiech i znikneła za sporych rozmiarów drzwiami od naszego dwupiętrowego domku.

Hmm... czyli że dzisiaj mam okazje coś z nim porobić. Tylko co? Film? To chyba nawet niezły pomysł. No ale nie zaproponuje mu tego na wstępie... To może... Aaaaa no przecież będzie głodny! Kolacja. Kolacja. Zrobić kolacje! 30 minut co... mało. E tam! Dam rade. Dla kochanego braciszka wszystko. Wróciłem spowrotem do kuchni. Otwarłem lodówke i ujrzałem na jdnej z półem mini stosik naleśników. Moje zbawienie! No to teraz wystarczy umyś truskawki, znaleść nutelle w tych szafkach, których jest tu za dużo... No i oczywiście jakoś estetycznie to podać. A więc na początek tróskawki. Ha pestka, 5 minut i gotowe. Teraz trzeba naleść ten cholerny, ale przesmaczny krem. Gdzie ona go wsadziła. Szafka obok lodókwki- pusto, pułka nad zmywarką- pusto, szafka obok zmywarki- pusto, 5 innych szafeczek zaraz przy ścianie pod oknem- też pusto. Ostatnia nadzieja, czyli „schowek” za chlebakiem... JEST! Teraz wystarczy to wszystko połączyć w całość i gotowe.

Szczęk zamka wyrwał mnie z zachwytu nad cudem na talerzu. Podszedłem do przedpokoju i zobaczyłem mojego kochanego braciszka, który opierając się o ściane zdejmował buty.

-Część! Dawno cię nie widziałem na żywo- z nieukrywanym zacieszem podszedłem jeszcze troche blirzej.

-Stęskniłeś się młody, czy jak?- olśniewający uśmiech zagościł na jego twarzy.

-No skądże znowu. Tylko jak nie pracujesz to śpisz i na odwrót. Nie ma w twoim grafiku żadnej wzmianki o tym że masz młodszego brata, który  bynajmniej czsem chce cię zobaczyć, wiesz?

-O doprawdy? Nie przypominam sobie żadnego brata, widzisz go tu gdzieś- zaczoł się rozglądać na boki robiąc przy tym komiczną mine.

-Ekhem...-odchrząknołem- Tu stoii- wskazałem kciukiem na siebie. Nie widząc reakcji walnołem go w łeb. On w zamian rzucił się na mnie z okrzykiem „czeka cię kara boska!”, przewruciliśmy się na puszysty dywan w kolorze morskim i zaczeliśmy się po nim tarzać starając się unieruchomić przeciwnika. Kiedy już myślałem że mi się udało on wyszarpał się, przewrucił mnie na plecy i usiadł na moich biodrach okrakiem.

-Ha! I znowu przegrałeś! Jak to miło wrócić do wygłupiania się jak gimnazjalista.

-Taaa... A możesz już łaskawie za mnie zejść? Kolacja ci wystygnie...-Powiedziałem pod nosem.

-Powtórz ostatnie zdanie bo chyba niedosłyszałem.

-Kolacja ci wystygnie!- wydarłem mu się do ucha, bo „żeby lepiej słyszeć” przystawił mi je pod same usta.

-Aj... Nie drzyj się tak bo ogłuchne.- przytrzymał się za ucho.- Ale jak to kolacja? Przecież to raczej twoje.

-Nie. Ja już swoje zjadłem.

-O, no to dzięki i już z ciebie schodze- wstał i udał się w kierunku kuchni. Poszedłem za nim. Rozsiadł się wygodnie na krześle i zaczoł jeść moje kochane, starannie przygotowane danie.

-I jak smakuje?

-No pewnie- znowu ten przecudowny uśmiech.- podziękuj temu kto je zrobił.

-Sam to zrób, najlepiej teraz.

-Niby jak? Mamy nie ma...

-Nie mamie! Mnie- zrobiłem naburmuszoną mine- Ja je dla ciebie przygotowałem.- Jego mina-bezcenna. Czy to takie dziwne że jak się długo nie widzi najukochańszego członak rodziny to chce się zrobić coś dla niego? Dla mnie nie.

-Ooo... Dzięki. Pyszne ci wyszło.- po tych słowach nastała chwila ciszy. Postanowiłem ją przerwać nurtującym mnie pytaniem.

-Usagi, czemu nigdy nie przyprowadziłeś do naszego domu Shina?

-No bo wiesz....

piątek, czerwca 7

Rozdział 3


- Moge wejść- zapytałem pukając do drzwi Sizuo, to co ujrzałem po wejściu było szokiem...

Pokój Sizuo wyglądał tak jakby coś w nim wybuchło. Istna masakra, ciuchy i inne bliżej nieokreślone przedmioty walały się na meblach. Na środku dywanu było tylko jedno „czyste” miejsce, w którym stał sam właściciel pokoju Sizuo.
-Z...Znalazłeś to?- wyksztusiłem z siebie, bo to co właśnie widziałem zaparło mi dech  w piersiach.
-Eeee... Jeszcze nie.
-A co tu się stało??- zapytałem gestykulując przy tym że chodzi mi o cały pokuj.
-Nic. Poprostu szukam tego cholerstwa.- powiedział zirytowany.
-A...Aha. To może pomuc?
-Lepiej nie, jeszcze mi się zgubisz- powiedział chichocząc- ja wiem że mógłbyś- uśmiechnoł się- lepiej idź do salonu i poczekaj, jak chcesz to włącz telewizor. Ja tu jeszcze posiedze, do półgodziny powinienem to znaleźć.
-Jasne.- wyszedłem z jego pokoju i poszedłem, tak jak mówił, do salonu. Włączyłem telewizor i zaczołem skakać po kanałach szukając czegoś ciekawego. Po dwudziestu minutach usłyszałem huk pochodzący z góry. Domyśliłem się że to z pokoju masakra. Zaczołem podnosić się z kanapy, jednak zanim podszedłem do schodów Sizuo był już na dole i szczerzył się do mnie machając kartką.
-Znalazłem.
-To teraz powiedz gdzie jedziemy.
-A! Tak, tak. Już mówie.- zaczoł czytać to co jest na kartce- Wycieczka bla, bla, bla, wyjazd o godzinie 9.00, jedziemy do Yukushimy na 7 dni. I właściwie to nic ciekawego tu nie ma oprucz tego że mamy wziąść niewielkie bagrze bo coś tam, coś tam.
-Eh... Ok. Dzięki że przkopałeś ten bajzel w poszukiwaniu tej kartki.- uśmiechnołem się krzywo- Ja już chyba pujde.
-Nie zostaniesz jeszcze?
-Ty lepiej zajmij się sprzątaniem i pakowaniem, zanjąc ciebie będzie to troche trwało a wyjazd już w piątek. Zresztą trzeba jeszcze zrobić lekcje na jutro, nie?- przytaknoł ruchem głowy- No właśnie, więc. Pa. –pomachałem mu i wyszedłem z jego domu. Poszedłem na przystanek. Od niego do mojego domu jedzie się 30 minut, troche długo. Na przystanku była tylko jedna osoba. Wysoki mężczyzna. Kiedy mnie zobaczył uśmiechnoł się, wyglądał tak jakby czekał tu na mnie...

sobota, czerwca 1

Rozdział 2



-/Kamisama onegai ichi yo.../- przedmiot do porannych tortur, który ktoś z beznadziejnym poczuciem humory nazwał pieszczotliwie budzikiem, wyrwał mnie ze snu.
-Ah... Już środa, ale miło- przeciągnołem się, wstałem i udałem się na szybki prysznic. Po umyciu przeparadowałem przez cały korytarz aż do swojego pokoju w samych bokserkach. Już u siebie stanołem przed szafą i zaczołem wyciągać rzeczy. Zielona koszulka z krótkim rękawem, czarne rórki i ciemnofioletowa bluza leżały aktualnie na łużku czekając na właściciela. Wyjołem jeszcze pare branzoletek i naszyjnik z nietoperzem. Po włożeniu tego wszystkiego na siebie, spakowałem się, zjadłem w pośpiechu śniadanie i pobiegłem do szkoły.


-Siema Shiki!
-No cześć Ren!- odkrzyknoł- I co z tymi pieniędzmi?
-Dostane do jutra- odpowiedziałem.
-Ok. To chodźmy już pod klase bo inaczej się spuźnimy.- powiedział uśmiechając sie od ucha do ucha. Pod klasą stało już pare osób w tym mój najlepszy przyjaciel Sizuo.
-Cześć Ren!- zauważył mnie i od razu zaczoł do nas podchodzić.- No i Shiki- uśmiechnoł się do niego.
-Dzięki że mnie nie pominołeś Sizuo- odpowiedział. –Ren będzie miał kase, a ty?
-Też!- powiedział wypinając dumnie pierś.
-To dobrze. A więc teraz czas ustalić kogo jeszcze bierzemy do pokoju.- zrobił zamyślonął mine.- Może Nikari? Nie będzie nam przeszkadzać jeśli będziemy chcieli coś robić sami, a jest nawet fajny.- zaproponował.
-Ja jestem za- powiedziałem.
-Ja również. To teraz trzeba się jego spytać czy chce być z nami.- podeszliśmy do Nikariego. Zgodził się na naszą propozycje. Po chwili przyszed nauczyciel i wpuścił nas do klasy. Usiadłem razem z Shizuo, jak łatwo się domyślić żaden z nas nic nie zapamiętał z tej lekcji, pisaliśmy tylko to co facet dyktował. Tak samo zresztą było na sześciu następnych godzinach lekcyjnych. Nastał w końcu upragniony moment dla każdego cznia XXI-wieku, czyli zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec ostatniej lekcji.
-Nareszcie- przeciągnołem się na krześle- A tak właściwie Shizuo, to gdzie my jedziemy?- zapytałem. Jest to dość ważna informacja, przynajmniej dla mnie.
-Gdzie...?- zamyślił się na chwile- Mam to napisane na kartce, ale została w domu. Wpadnij do mnie to ci powiem.
-Jasne. A że jest już po lekcjach, to eee... moge iść po prostu z tobą?
-Pewnie, że możesz- uśmiechnoł się do mnie- tylko nie wiem czy wrócisz cały do domu.
-A to niby czemu?
-Bo mój brat wrócił do domu. Strasznie się za mną stęsknił, za tobą też. Wiesz przecież że traktował cię jak drugiego młotszego braciszka, bo tak często u nas bywałeś.
-A no tak. To najwyżej u was zanocuje i tyle. No chyba że mnie wygonisz.-zrobiłem smutną minke.
-Ej! Nie smutaj. Nie wygonie cię coś ty. Ale jak coś to upszedzałem.- uniósł ręce w geście poddania się. Szybko się spakowaliśmy i wybiegliśmy... TAK! Wybiegliśmy ze szkoły. Po drodze do jego domu wstąpiliśmy do cukierni po jakieś ciastka, przecież nie przyjde z pustymi rękami jeśli ma tam być jego brat, którego nie widziałem dobre pięć lat.

-Wróciłem!- oznajmił drąc się na całe gardło Sizuo zaraz po otwarciu drzwi- I przyprowadziłem gościa- powiedział z nieukrywanym zacieszem.
-Tak, a kogo?- usłyszałem niski męski głos jego brata i aż chciałem skakać z radości, że on naprawde wrócił już z hiszpani.
-Twojego dru-gie-go młodszego braciszka, w końcu jeszcze go nie widziałeś – i w tej chwili przepchał mnie przez cały przedpokuj aż pod nos starszego.
-Ren?- chyba troche się zdziwił- Oh! Ren! Jak miło cię znowu widzieć.- złapał mnie w swoje łapki i tak ścisnoł, że nie mogłem złapać oddechu.
-Dizushi... Dusisz mnie- ledwo powiedziałem.
-O rety. – poluźnił uścisk- Sory. Ren, a coś ty zrobił z włosami.
-A nie widać?- zapytałem sarkastycznie- Przefarbowałem.
-Tyle to widze, ale czemu na rudo??
-A co? Nie ładnie?
-Jakoś nie moge się przyzwyczaić... Ale no nawet ci do twarzy.- uśmiechnoł się.
-Sizuooooooo, to sprawdzisz gdzie to jedziemy?- wyjołem talerzyk z szafki w kuchni i wysypałem na niego ciasteczka.
-Tak, tak. Już ide zobaczyć.- odpowiedział i zaczoł wspinać się po schodach do swojego pokoju.
-Ja za 30 minut wyjde, więc nie zdemolujcie mieszkania- powiedział Dizushi.
-A gdzie idziesz?- spytałem ciekawsko.
-Spodkać się z kolegą. Przecież nie było mnie pięć lat!- podniusł głos.- Ooo! Ciacha.- popatrzył na talerzyk, który trzymałem w ręce i aż się oblizał.
-Masz- podałem mu go- częstuj się.- Dizu zgarnoł z talerza połowe zawartości i zwiał do swojego pokoju.
- Moge wejść- zapytałem pukając do drzwi Sizuo, to co ujrzałem po wejściu było szokiem...

*****************************************
Na tym kończe ten rozdział :)